
. . .
Przychodzi, widzisz, taki czas,
Przychodzi, widzisz, taki czas,
kiedy Cię Inny poprowadzi,
odpasze Twój rycerski pas
i na innego konia wsadzi.
Bez strzemion, siodeł i bez uzd,
bez łez, bez dotykania ziemi
będzie Cię koń Innego niósł
aż wszystko w koło się odmieni.
Zobaczysz nowe kształty miast,
na nowo - znane od lat twarze
i płomyk, który w sercu zgasł
znowu błękitny, się pokaże
i będzie aż do końca dni
wiódł Cię przez smutki i ciemności,
aż doprowadzi Cię do drzwi,
zza których płynie blask Wieczności.
Autor: Iwona Fijałkowska
(Iwona była mimowolnym świadkiem umierania mojego konia).
----------------------------------------------
To nie był mój pierwszy koń. Ale dotychczas jedyny, o którym mogę powiedzieć "prawdziwy przyjaciel". Przez pięć lat razem pracowaliśmy i odpoczywaliśmy. Udało nam się wypracować nieprzeciętne więzi, a wzajemne zaufanie było nieograniczone. Czasami bezpieczeństwo, chwilami nawet życie, zależało od tego zaufania.
Obaj doskonale bawiliśmy się uczestnicząc w Konnych Turniejach Rycerskich.
W wolnych chwilach włóczyliśmy się po obcych terenach. Zdarzało się przekraczanie strumieni i rzek, co czasami skutkowało utratą gruntu pod końskimi nogami. Zapadanie się "aż po koński brzuch" na brzegach strumieni czy podmokłych terenach było na porządku dziennym. W tych sytuacjach moja obecność i spokojne slowa wystarczały, aby Kuba pozwalał mi przejąć inicatywę. Wykonywał ściśle moje polecenia. Nigdy nie panikował (osoby posiadające konie wiedzą, czym taka panika może się skończyć dla konia). Z tych sytuacji i wielu innych często wychodziliśmy brudni lub przemoczeni, ale zawsze bez szwanku.
Turnieje odwiedziliśmy różne, było ich dużo przez te pięć lat. Jednak niemieckie miasteczko Penkun polubiłem szczególnie. Ładne miejsce z zacną historią. Plac turniejowy zbudowany jest tam w bezpośredniej bliskości jeziora, więc podłoże raczej niestabilne. Trzeba wiedzieć, ze Kuba miał mocne i duże kopyta. Jeżeli dopowiem jeszcze, że jedynym chodem konia podczas turnieju jest galop i to od "stój", to reszta jest kwestią wyobraźni. Mój koń uwielbiał te zabawy i tylko czekał na moją komendę. Kiedy dawałem sygnał do ataku, on natychmiast podrzucał przednie nogi w górę i walił nimi potężnie w ziemię. Sekundę później odbijał się drugą parą nóg z wielkim impetem i byliśmy już w pełnym galopie. Natomiast osoby, które nas otaczały były kompletnie ubabrane rozpryskującą się ziemią. A jak trochę popadało ... Obaj lubiliśmy te chwile.
Podczas następujących po sobie konkurencji turniejowych dobrze przygotowany koń sam wie co ma robić. Taki właśnie był Kuba. Ja wtedy wodze kładłem na jego szyi, dyspozycje przekazywałem dosiadem i robiłem swoje. Ale ciekawie zaczynało się robić wtedy, jak koń doszedł do wniosku, że dzisiaj to jemu się nie chce. A kontrakt był podpisany i robota czekała. Wtedy wyglądało to tak: podjeżdżam na swoje miejsce, zagalopowanie, ja przygotowany do danej konkurencji i kicha. Koń, który reaguje na wszystko idealnie, nagle w ostatniej chwili albo uskakuje, albo zmienia nogę w galopie, albo wymyśla coś innego. Ja wybity z rytmu w nic nie trafiam. I tak potrafił „bawić się" ze mną przez cały turniej.
Obaj doskonale bawiliśmy się uczestnicząc w Konnych Turniejach Rycerskich.
W wolnych chwilach włóczyliśmy się po obcych terenach. Zdarzało się przekraczanie strumieni i rzek, co czasami skutkowało utratą gruntu pod końskimi nogami. Zapadanie się "aż po koński brzuch" na brzegach strumieni czy podmokłych terenach było na porządku dziennym. W tych sytuacjach moja obecność i spokojne slowa wystarczały, aby Kuba pozwalał mi przejąć inicatywę. Wykonywał ściśle moje polecenia. Nigdy nie panikował (osoby posiadające konie wiedzą, czym taka panika może się skończyć dla konia). Z tych sytuacji i wielu innych często wychodziliśmy brudni lub przemoczeni, ale zawsze bez szwanku.
Turnieje odwiedziliśmy różne, było ich dużo przez te pięć lat. Jednak niemieckie miasteczko Penkun polubiłem szczególnie. Ładne miejsce z zacną historią. Plac turniejowy zbudowany jest tam w bezpośredniej bliskości jeziora, więc podłoże raczej niestabilne. Trzeba wiedzieć, ze Kuba miał mocne i duże kopyta. Jeżeli dopowiem jeszcze, że jedynym chodem konia podczas turnieju jest galop i to od "stój", to reszta jest kwestią wyobraźni. Mój koń uwielbiał te zabawy i tylko czekał na moją komendę. Kiedy dawałem sygnał do ataku, on natychmiast podrzucał przednie nogi w górę i walił nimi potężnie w ziemię. Sekundę później odbijał się drugą parą nóg z wielkim impetem i byliśmy już w pełnym galopie. Natomiast osoby, które nas otaczały były kompletnie ubabrane rozpryskującą się ziemią. A jak trochę popadało ... Obaj lubiliśmy te chwile.
Podczas następujących po sobie konkurencji turniejowych dobrze przygotowany koń sam wie co ma robić. Taki właśnie był Kuba. Ja wtedy wodze kładłem na jego szyi, dyspozycje przekazywałem dosiadem i robiłem swoje. Ale ciekawie zaczynało się robić wtedy, jak koń doszedł do wniosku, że dzisiaj to jemu się nie chce. A kontrakt był podpisany i robota czekała. Wtedy wyglądało to tak: podjeżdżam na swoje miejsce, zagalopowanie, ja przygotowany do danej konkurencji i kicha. Koń, który reaguje na wszystko idealnie, nagle w ostatniej chwili albo uskakuje, albo zmienia nogę w galopie, albo wymyśla coś innego. Ja wybity z rytmu w nic nie trafiam. I tak potrafił „bawić się" ze mną przez cały turniej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz